CICHY BOHATER - wspomnienie o księdzu Józefie Początku

Na cmentarzu parafialnym w Wadowicach Górnych, pośród marmurowych nagrobków i drewnianych krzyży, stoi skromny pomnik wyciosany z czerwonego kamienia trembowelskiego. Pomimo odciskającego swe piętno upływu czasu, każdy przechodzący może odczytać widniejący pod małym oszklonym portretem napis:"Ksiądz Józef Początek, Rzymsko - Katolicki Duchowny, Męczennik za Wiarę i Ojczyznę w latach 1918 - 1920 /./". Dla większości tutejszych parafian to postać znana. Dla młodszych i odwiedzających wadowicki cmentarz po raz pierwszy to często powód, by na chwilę przystanąć, zadumać się, zapytać - kim był ...?

"Zdawałoby się pozornie, że starożytna wieś Wadowice Górne w powiecie mieleckim, o jednej drodze, z przylepionymi do niej z obu stron domami, śpi spokojnie, nie dając o sobie znaku w życiu ogólnym. Tymczasem wewnątrz wrzało i wrze tam życie bujne, pełne zapachu wzorzystych łanów, pień kościelnych i cichego bohaterstwa. Bo o tem wspomnieć dziś należy". Tymi słowami rozpoczyna się broszura dr Stanisława Rachwała "Cichy Bohater", wydana w 1927 roku we Lwowie, a traktująca o bohaterskiej i pełnej poświęcenia posłudze kapłańskiej ks. Józefa Początka.

Ksiądz Józef Początek urodził się 29-ego października 1885 roku w Wadowicach Dolnych. Dzieciństwo spędził w domu rodzinnym w otoczeniu rodziców (Marcina i Marii), trzech sióstr (Anny, Agnieszki i Karoliny) i czterech braci (Tomasza, Jana, Stanisława i Władysława). Szkołę powszechną ukończył w Wadowicach Górnych, gimnazjum w Tarnowie, a studia teologiczne we Lwowie. Tam też w roku 1910 otrzymał święcenia kapłańskie z rąk ks. Arcybiskupa dr Józefa Wilczewskiego.

Swoją drogę kapłańską rozpoczął od pełnienia obowiązków wikarego w Gródku Jagiellońskim, gdzie swą ofiarnością i poświęceniem szybko zjednał sobie parafian. Otoczony różnymi narodowościami i religiami, konfliktami etnicznymi i ekspansją prawosławia, ksiądz Józef pokorą i dobrocią zwraca na siebie uwagę. Na jego msze święte ciągnęły tłumy ludzi. Szli nieraz z bardzo daleka, choć pop w cerkwi krzyczał: "Ludzie, co wy widzicie w tym Początku !".

Po dwóch latach zostaje przeniesiony na placówkę duszpasterską do Ottynii, gdzie zastaje go I wojna światowa. Tam również doświadcza pierwszych okrucieństw i upokorzeń. Jego sława jako kapłana i patrioty powoli rozszerza się wśród okolicznej ludności. Dzielnie broniąc swoich parafian przed samowolą carskich żołnierzy naraża się na szykany i prześladowania. "Jednego razu, kiedy wpadli Moskale, rozbili całe mieszkanie i szablami posiekali pościel" - z rodzinnymi wspomnieniami o księdzu Józefie dzieli się jego siostrzenica, Janina Midura z Wadowic Dolnych. - "Jego okrutnie zmaltretowanego pozostawili w kałuży krwi, a jedyną zdobyczą jaką udało im się zabrać była butelka wina mszalnego. Nie obolał jeszcze z odniesionych ran i pobicia, kiedy ponownie pojawili się, gdy przygotowywał sobie kawałeczki chleba do konsekracji. Nie pomagały tłumaczenia i prośby, że bez tego chleba nie będzie mógł odprawić mszy świętej. Przystawili karabin do głowy, a gdy i to nie pomogło, tortury były jeszcze okrutniejsze".

Został uprowadzony przez carskie wojska i przemierzał z nimi szlak aż pod Tarnów. Prowadzony między innymi przez swoją rodzinną parafię uprosił sobie odprawienie mszy świętej w kościele w Wadowicach Górnych. W czasie mszy dwóch carskich żołnierzy stało z bagnetami obok ołtarza, kolejnych dwóch stało przed kościołem - pilnowali swojego więźnia by nie zbiegł. Tymczasem ksiądz Józef nie zamierzał uciekać, nie zamierzał szukać schronienia przed dalszym cierpieniem i tułaczką. W czasie odwrotu wojsk carskich na chwilę spotkał się ze swoją matką, po czym wrócił do Ottynii. Będąc wierny swoim zasadom, pomimo nieustających niebezpieczeństw, chciał nieść ludziom nadzieję i wiarę.

W 1918 roku został przeniesiony do Kociubiniec, gdzie objął probostwo. Tam spotkały go kolejne prześladowania, tym razem przyszły one wraz z walkami polsko - ukraińskimi. Był to bardzo trudny czas dla polskiego duchowieństwa - w obronie wiary i polskości sześciu księży katolickich zostało bestialsko zamordowanych, a wielu doznawało ciągłych prześladowań i upokorzeń. Niepewny każdego jutra, ksiądz Józef dzielni chronił swoich parafian  i opierał się szykanom. Wraz z innymi wierzył, że w Niepodległej Rzeczpospolitej skończą się udręki. Jednak podświadomie mógł przypuszczać, że prawdziwy ból dopiero nadchodzi. Zbliżała się bowiem nawała bolszewicka. Ogrom cierpień, jakich wówczas doznał, w sposób widoczny odbił się na jego zdrowiu. Ratował ludzi - ludzie próbowali ratować jego; prosili, by uciekał, ofiarowywali pomoc. On jednak nie zdecydował się ich opuścić. Tłumaczył, że przecież jest im potrzebny; wierzył, że i to doświadczenie potrafi przetrzymać. Został więc, by w zburzonym kościółku bez dachu, w ciężką zimę, poraniony i obolały odprawiać swoje msze święte, chuchając w zamarznięty kielich.
Jak pisze dr Stanisław Rachwał ". przebył całą skalę udręczeń, jakich doznawali kapłani Polacy ze strony nadużywających swej chwilowej władzy, rozwydrzonych najeźdźców. Gorliwa obrona i ochrona parafian przed najeźdźcami oto powód do napawania swoich chuci, do wywierania zemsty na rz. kat. kapłanach , których, jak wiadomo, sześciu zostało w tych czasach w jak najdzikszy sposób zamordowanych. Straszne przejścia z czasów najazdu ukraińskiego powtórzyły się w roku 1920, gdy nawała bolszewicka rozlała się po Wschodniej Małopolsce. I oto był ks. Początek przedmiotem katowania ze strony hord wschodu, przedmiotem bezustannego zadawania mu moralnych i fizycznych cierpień, które podcięły ostatecznie w zupełności jego organizm.".

Znękany i ciężko chory ks. Józef Początek w 1921 roku wraca do rodzinnego domu. Zabiera ze sobą tylko kufer z książkami, jako podarunek dla proboszcza w Wadowicach Górnych, księdza Stanisława Grodniewskiego. "Kiedy wrócił do rodzinnych stron, do rodzinnego domu, był bardzo chory" - wspomina siostrzenica Janina Midura. - "Jeszcze do dziś pamiętają go starsi ludzie, z nieodłączną opaską w biało-czarną krateczkę wokół twarzy. Z boku twarzy miał bowiem ranę, która czasami się zabliźniała, to znów otwierała. Pamiętają również, jak brat Stanisław odwoził go w każdą niedzielę do kościoła w Wadowicach Górnych; pamiętają, gdy w dni powszednie chodził do kościółka w Wadowicach Dolnych, bo tam było bliżej - a za każdym razem odprowadzała go gromadka dzieci".

Ciągle wierzył, że po chwilowym wypoczynku i nabraniu sił, powróci na ziemie wschodnie pełnić dalej posługę kapłańską. Jednak nie dane było mu wrócić do swoich parafian. Zmarł 22-ego września 1922 roku w wieku 37 lat.


(oprac. Adam Krawiec)

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ



 

 

 

 

Tłumacz języka rosyjskiego | osuszacze sprężonego powietrza | Paranormalny Portal Społecznościowy | und zaune | nici